Przez kilkanaście godzin nie był pewien, czy uda mu się wyjść cało. Uwięziony w hotelu „Oberoi”, słyszał, jak terroryści wywlekają ludzi z sąsiednich pokojów i prowadzą na pewną śmierć. Miał chwile zwątpienia. Mógł nie żyć, ale odwagi dodawała mu wspaniała, kochająca żona i słowa otuchy, które mu przesyłała. Między innymi dzięki niej wydostał się z krwawej pułapki.

125 osób zabitych, prawie 300 rannych - to bilans zamachów w indyjskim Bombaju. Dowódcy hinduskiej armii twierdzą że zamachowcy pochodzili z Pakistanu. W atakach zginęło siedmiu cudzoziemców. Policja zabiła wszystkich terrorystów zabarykadowanych w hotelu Taj-Mahal. Czterej Polacy, którzy byli w... czytaj więcej

Polak przez dwa tygodnie zwiedział północną część kraju, późnym wieczorem miał wylatywać z Bombaju, dzisiaj parę minut po godz. 13 powinien być już na wrocławskim lotnisku. Jednak wczoraj kilka minut po 18 jego żona otrzymała od niego dramatycznego SMA-a: Jest atak na hotel, pali się. Kocham.

Potem przez 16 godzin małżonkowie wymieniali się SMS-ami, ponieważ Polak był w pokoju, w którym nie widział ulicy. To żona przekazywała mu informacje, co się dzieje na zewnątrz. Przyszedł też moment kryzysu. Przypuszczał, że to koniec, słyszał, że w sąsiednich pokojach są wywlekani ludzie - mówi żona Polaka naszej reporterce Barbarze Zielińskiej:

Ta historia ma - jak już wszyscy wiemy - szczęśliwy finał. Polakowi udało się opuść feralny hotel.