Donald Tusk jest niemal pewny tego, że stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej będzie piastował także w kolejnej kadencji. Ma poparcie wystarczającej liczby krajów, by wygrać głosowanie. Niewykluczone jednak, że na rozpoczynającym się dzisiaj unijnym szczycie dojdzie do awantury. Trzy scenariusze tego, co może się wydarzyć w Brukseli, przedstawia korespondentka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon.

Donald Tusk /EPA/OLIVIER HOSLET /PAP/EPA

Scenariusz pierwszy: "łagodna klęska". Premier Malty, która przewodniczy obecnie Unii, mówi, że Donald Tusk ma poparcie zdecydowanej większości krajów i w związku z tym powinien pozostać szefem Rady Europejskiej. Taki tryb - bez głosowania - został zastosowany przy wyborze Hermana Van Rompuya w 2009 roku i Tuska ponad dwa lata temu. Polska premier nie zgadza się jednak na takie rozwiązanie i mówi: "sprawdzam", czyli żąda głosowania. Głosowanie, które odbywa się kwalifikowaną większością głosów, przegrywa - Tusk, pamiętajmy, ma poparcie większości - ale może powiedzieć, że próbowała walczyć, lecz nie znalazła poparcia. Może powołać się na przykłady z przeszłości, gdy np. Londyn i Budapeszt odmówiły poparcia kandydatury Jean-Claude'a Junckera na stanowisko szefa Komisji Europejskiej i również przegrały głosowanie. To się zdarza. O sprawie wszyscy szybko zapominają i przechodzą do kolejnych punktów obrad.

Unijni dyplomaci: List Szydło do szefów państw UE nic nie zmienia

List Beaty Szydło do szefów państw i rządów w sprawie reelekcji Donalda Tusk na przewodniczącego Rady Europejskiej nic nie zmienia - usłyszała korespondentka RMF FM od dyplomatów w Brukseli. Unijni działacze zakładają, że Polska może próbować blokować decyzję w sprawie Tuska. "Spodziewam się... czytaj więcej

Scenariusz drugi: "przegrana z awanturą", czyli melodramat, którego unijni dyplomaci obawiają się obecnie najbardziej. Ten scenariusz zakłada, że Beata Szydło zażąda np. prawa weta. Zacznie podpierać się kruczkami prawnymi, np. przywoływać niepisaną umowę, że kolejne wybory na unijne stanowiska odbywać się będą z zachowaniem zasady jednomyślności, albo odkurzy niestosowany od dziesięcioleci tzw. kompromis z Luksemburga. To "wytrych" zastosowany przez Francję w 1966 roku: oznacza, że kraj, gdy powołuje się na "interes narodowy", może zażądać jednomyślności w podejmowaniu decyzji.

Polski rząd wykazuje się sporą kreatywnością, tak więc nie wykluczam innych pomysłów - powiedział naszej korespondentce jeden z unijnych dyplomatów. Polska premier przywiozła ze sobą zapewne całą teczkę scenariuszy, które będzie mogła wykorzystać, by podgrzać atmosferę i pokazać opinii publicznej w kraju, jak bardzo walczyła, by zablokować Tuska.

Ten scenariusz, co istotne, zakłada także ostrą krytykę funkcjonowania Unii Europejskiej - i dlatego jest niebezpieczny. Ślady po takim starciu pozostałyby o wiele dłużej niż przy "łagodnej klęsce".

Ostatecznie jednak rezultat jest taki sam: Tusk wygrywa. Żądanie prawa do weta zostaje odrzucone.

Obecnie nie możemy sobie pozwolić, by jeden kraj z powodu wewnętrznej polityki blokował całą Unię - podkreśla rozmówca Katarzyny Szymańskiej-Borginon.

Scenariusz trzeci: "połowiczne zwycięstwo", czyli szefowie państw i rządów Unii w związku z tak stanowczym sprzeciwem Polski wobec Tuska przekładają decyzję ws. wyboru szefa Rady Europejskiej na inny szczyt. Ten scenariusz byłby de facto zwycięstwem polskiego rządu, dlatego nieformalnie jest obecnie nawet bardziej forsowany niż np. nierealistyczna kandydatura Jacka Saryusz-Wolskiego. Rząd PiS ma tu zresztą kilka trafnych argumentów, ale przedstawia je za późno i w złym kontekście, czyli właśnie forsując Saryusz-Wolskiego. To np. argument dotyczący niejasności procedury wyboru kandydatów. Po batalii, jaką stoczono przy wyborze Jean-Claude'a Junckera na stanowisko szefa Komisji Europejskiej, obiecywano przecież, że zostaną wypracowane zasady wyboru na unijne stanowiska. Inny argument, który przez moment podzielały niektóre stolice, to pytanie: czy można wybrać szefa Rady wbrew jego własnemu państwu?

Odłożenie decyzji jest jednak mało prawdopodobne. Oznaczałoby to, że Tusk nie będzie już szefem Rady Europejskiej, bo przecież nikt nie uwierzy, że za kilka tygodni polski rząd zmieniłby co do niego zdanie. Trzeba byłoby więc szukać innego kandydata, a to większość przywódców odrzuca, skoro jest - ich zdaniem - "kandydat całkiem dobry i sprawdzony, zapewniający ciągłość". Unijni dyplomaci przekonują, że nikt nie zgodzi się na odkładanie decyzji również dlatego, że na trzy tygodnie przed szczytem w Rzymie, gdzie UE ma świętować 60-lecie podpisania Traktatów, brak zgody byłby złym sygnałem.

Scenariuszem czwartym mogłoby być zwycięstwo kandydata polskiego rządu, gdyby kandydat ten był... sensowny. Jacek Saryusz-Wolski nie ma jednak poza Polską poparcia ani jednego kraju UE, a to czyni jego kandydaturę groteskową. Takiego scenariusza zatem de facto nie ma.

Nieoficjalnie rozważany jest natomiast scenariusz zablokowania wniosków końcowych szczytu przez odmowę złożenia podpisu. Jak zauważa nasza korespondentka, taka możliwość faktycznie istnieje, ale decyzja o wyborze szefa Rady Europejskiej jest osobną i autonomiczną decyzją unijnych przywódców i nie zależy od przyjęcia dokumentu z końcowymi wnioskami. Rząd Beaty Szydło może więc blokować konkluzje brukselskiego szczytu - ale wyboru Tuska w ten sposób nie zablokuje.


(e, APA)