Departament Stanu powiadomił Kongres o zamiarze sprzedaży uzbrojenia Tajwanowi. Siedem kontraktów opiewa na sumę 1,42 mld dol. – podała rzeczniczka departamentu Heather Nauert. Przeciwko tego porozumieniu zaprotestował chiński ambasador w USA.

Siedem kontraktów opiewa na sumę 1,42 mld dol. /MILITARY NEWS AGENCY /PAP/EPA

Administracja formalnie powiadomiła Kongres o siedmiu umowach sprzedaży broni - zaznaczyła rzeczniczka Departamentu Stanu Heather Nauert. Dodała, że "kontrakty zbrojeniowe mają wzmocnić zdolność Tajwanu do utrzymania niezbędnego poziomu samoobrony".

W ocenie rzeczniczki sprzedaż uzbrojenia Tajwanowi w niczym nie zmienia polityki Stanów Zjednoczonych wobec Chin i nie przekreśla poparcia Waszyngtonu dla koncepcji "jednych Chin".

Optymizmu przedstawicielki Białego Domu nie podziela ambasador Chin w Stanach Zjednoczonych, Cui Tiankai. Podczas przyjęcia wydanego w ambasadzie ChRL w Waszyngtonie, dyplomata oświadczył, że "decyzja o nałożeniu amerykańskich sankcji na niektóre z chińskich firm, a przede wszystkim - sprzedaż broni Tajwanowi, to działania, które z całą pewnością zachwieją wzajemnym zaufaniem, jakie udało się zbudować obu stronom". Według niego stoi to również w sprzeczności z duchem porozumień z Mar-a-Lago na Florydzie, gdzie w rezydencji prezydenta Donalda Trumpa w kwietniu doszło do spotkania przywódców USA i Chin.

Zgodnie z informacją udzieloną przez Heather Nauert Tajwan zakupi w USA nie tylko uzbrojenie, ale również towary i usługi techniczne związane z obsługą radaru wczesnego ostrzegania, a także systemu wykorzystującego amerykańskie naddźwiękowe pociski rakietowe klasy powietrze-ziemia (AGM-88 HARM). Służą one do niszczenia urządzeń radarowych przeciwnika, zwłaszcza systemów obrony przeciwlotniczej oraz komponenty do produkcji torped i pocisków balistycznych.

Poprzedni tak duży kontrakt zbrojeniowy został zrealizowany w grudniu 2015 roku. Ówczesny prezydent USA Barack Obama ogłosił sprzedaż uzbrojenia Tajwanowi na łączną sumę 1,83 mld dolarów.

Reuters przypomina, że również wczoraj Biały Dom podjął decyzję o nałożeniu sankcji na dwóch obywateli ChRL i chińską firmę transportową za pomoc przy północnokoreańskim programie nuklearnym i rakietowym. Stany Zjednoczone oskarżyły też chiński bank o pranie pieniędzy dla reżimu w Pjongjangu.

Jak poinformowało amerykańskie ministerstwo finansów (skarbu), chodzi o Bank of Dandong oraz firmę Dalian Global Unity Shipping Co Ltd. Dwaj obywatele Chin objęci sankcjami to: Sun Wei i Li Hong Ri.

W ocenie komentatorów w USA decyzje te wskazują, że prezydent Donald Trump jest rozczarowany bezczynnością władz w Pekinie, gdy chodzi o wywarcie nacisku na Koreę Północną, co obiecał mu prezydent Xi. Mimo dobrego klimatu podczas rozmów w kwietniu na Florydzie, "Trump wydaje się być coraz bardziej zawiedziony polityką Pekinu w tym, co dotyczy Korei Płn. i handlu światowego" - pisze Reuters.

Decyzje te służą też zapewne wywarciu presji na Pekin przed spotkaniem Trumpa z Xi Jinpingiem w kuluarach szczytu G20 - spekuluje Reuters. O tym, że do takiego spotkania dojdzie, zapewnił wczoraj doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego H.R. McMaster.

W grudniu krótko po zwycięstwie w wyborach Trump wywołał gniew w Pekinie, odbierając telefon z gratulacjami od prezydent Tajwanu Caj In-Weng. Chiny uznają Tajwan, który w 1949 r. oddzielił się od Chin kontynentalnych, za jedną ze swoich prowincji i źle patrzą na jakikolwiek oficjalny kontakt między wyspą a innymi krajami. USA przestrzegały dotąd "polityki jednych Chin" - trzy chińsko-amerykańskie komunikaty były podwaliną normalizacji stosunków między obu krajami.

Amerykańska ustawa o relacjach z Tajwanem została natomiast przyjęta przez Kongres w 1979 r. po nawiązaniu przez USA stosunków dyplomatycznych z Pekinem. Według jej postanowień Stany Zjednoczone zobowiązują się bronić wyspy w razie ataku Chin kontynentalnych.

(mpw)