Kolejny niż, który przeszedł nad Niemcami, zebrał krwawe żniwo. Nie żyją trzy osoby, czwarta jest zaginiona. Herwart najwięcej szkód wyrządził w północnej części kraju.

Wichury powaliły setki drzew, które niszczyły samochody, uszkadzały budynki, lądowały na torach /David Hecker /PAP/EPA

W Dolnej Saksonii, nad Morzem Północnym zginął mężczyzna, który razem z bratem nocował w kamperze. Pod ich samochód zaczęła podchodzić cofająca się w głąb lądu woda. Mężczyźni zaczęli uciekać pieszo. Jeden z nich nie obronił się przed utonięciem, drugi po kilku godzinach doczekał przybycia ratowników, bo zdołał złapać się masztu - wyziębiony trafił do szpitala.

Na Pianie, cieśninie między wyspą Uznam a lądem, kilkanaście kilometrów od polskiej granicy, łódź z trzema osobami na pokładzie wywróciła się do góry dnem. Najpierw wyłowiono martwego mężczyznę, potem kobietę, która trafiła do szpitala, ale tam zmarła. Poszukiwany jest wciąż ostatni członek załogi.

Wichury powaliły setki drzew, które niszczyły samochody, uszkadzały budynki, lądowały na torach. W dużej części kraju w niedzielę nie kursowały pociągi. Deutsche Bahn dopiero w poniedziałek będzie w stanie przywrócić połączenie Berlin-Hamburg.

Wrażenie robi osiadły na mieliźnie frachtowiec. Załoga "Glory Amsterdam" przez kilka godzin nie była w stanie zapanować nad statkiem (długim na 225 metrów) aż dopłynęła do Wysp Fryzyjskich, gdzie frachtowiec utknął niedaleko wyspy Langeoog.


(j.)