​Centrum nasłuchowe brytyjskiego wywiadu GCHQ ostro reaguje na oskarżenia Białego Domu. Jego rzecznik Sean Spicer zarzucił instytucji podsłuchiwanie Donalda Trumpa podczas niedawnej kampanii prezydenckiej.

Zdjęcie ilustracyjne /Monika Kamińska /RMF FM

Wydawanie tego typu oświadczeń przez tę brytyjską instytucję to wydarzenie bez precedensu. GCHQ zazwyczaj zachowuje kompletną ciszę, nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając doniesieniom. Tym razem jednak przedstawiciele centrum postanowili zabrać głos w sprawie kontrowersji.

Te zarzuty to nonsens, są niepoważne i powinny zostać zignorowane - napisał w komunikacie rzecznik GCHQ. 

Oskarżania zostały najpierw sformułowane przez komentatora amerykańskiej sieci CNN, a następnie powtórzone przez rzecznika Białego Domu Seana Spicera. Oba źródła sugerują, że były już prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama zlecił inwigilację ówczesnego kandydata na to stanowisko Donalda Trumpa właśnie brytyjskiemu centrum nasłuchowemu w Cheltenham. Pracuje w nim prawie pięć tysięcy osób. 

Fakt, że oskarżenia te wywołały tak zdecydowaną reakcję w Wielkiej Brytanii sugeruje, że są one bardzo poważnie traktowane przez brytyjski rząd. Według komentatorów, brytyjskie władze za wszelką cenę chcą uniknąć wplątania służb w rozgrywki polityczne, jakie toczą się obecnie za Atlantykiem. 

Przytaczając ostry w swym tonie komunikat GCHQ, media na Wyspach przypominają, że komisja amerykańskiego Senatu ustaliła, iż nie ma dowodów na to, że Barack Obama zlecił inwigilację Donalda Trumpa podczas kampanii prezydenckiej.

(ph)