Kilkadziesiąt osób "szykujących zbrojną prowokację na Białorusi" zostało zatrzymanych w tym kraju. Informację taką przekazał sam prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka. Według niego, wśród zatrzymanych są osoby szkolone m.in. w Polsce.

Prezydent Republiki Białoruskiej Alaksandr Łukaszenka /Marcin Obara /PAP

Prezydent Aleksandr Łukaszenka nie ujawnia na czym miała polegać "prowokacja". Tłumaczył jedynie, że osoby te czekały na odpowiedni moment i szkoliły się. 

Prezydent Białorusi podkreśla, że w okolicach Bobrujska zlikwidowano jeden z obozów treningowych, w którym prowadzono ćwiczenia z bronią. 

Cześć z zatrzymanych miała przechodzić treningi na Ukrainie, a także w Polsce, lub na Litwie. 

Jak dodał białoruski prezydent - pieniądze na te działania trafiały na Białoruś także przez Polskę i Litwę.

Na razie Łukaszenka nie precyzuje, kto miałby finansować działania grupy. Prezydent ujawnił, że na jej trop służby wpadły po tym, jak do jednej z białoruskich ambasad na terenie Unii Europejskiej zgłosiła się Białorusinka.

Łukaszenka jak krokodyl

To próba odwrócenia uwagi od trudnej sytuacji ekonomicznej na Białorusi - komentuje te rewelacje białoruski dziennikarz opozycyjny Andrzej Poczobut. Twierdzi, że chodzi o wywołanie strachu wśród Białorusinów przed zapowiedzianymi na weekend protestami opozycji. Mają demonstrować przeciwko podatkowi na bezrobocie.

Poczobut dodaje, że władza białoruska już od pewnego czasu mówi o próbach destabilizacji kraju. Tradycyjnie, najskuteczniejsze jest pokazanie wroga z zagranicy i w tym kontekście pojawiła się Polska.

Przyjaźń z Łukaszenką przypomina przyjaźń z krokodylem - skwitował białoruski dziennikarz, nawiązując do ostatnich sygnałów ocieplenia na linii Warszawa-Mińsk. Poczobut dodał, że podobne oskarżenia w przeszłości nie znajdowały potwierdzenia. 

(ug, az)