Sezon grzybowy dopiero ruszył, a do szpitala im. kardynała Wyszyńskiego w Lublinie trafiło już pięć osób, które zatruły się muchomorami sromotnikowymi. Toksykolodzy ostrzegają: pomylić gatunek jadalny z trującym mogą nawet ci, którzy grzyby zbierają od lat. Nasz reporter Krzysztof Kot rozmawiał na ten temat z dr Jarosławem Szponarem - kierownikiem Oddziału Kardiologii i Toksykologii lublińskiego szpitala.

zdjęcie ilustracyjne /Vladimir Smirnov /PAP

Krzysztof Kot, RMF FM: Panie ordynatorze, zaczął się sezon grzybowy. Niestety?

Jarosław Szponar: Niestety. Do tej pory mieliśmy już pięciu pacjentów po zatruciu muchomorem sromotnikowym. Na szczęście tym razem bez śmiertelnych skutków. Takie zatrucia zawsze mają ciężki przebieg. Na szczęście pacjenci, którzy byli u nas w tym roku nie wymagali przeszczepu wątroby i innych metod takich, jak dializa albuminowa wątroby. Leczenie farmakologiczne sprawiło, że parametry się poprawiły. Jeden pacjent został wypisany do domu. Pozostali nadal są na oddziale, ale w stanie stabilnym. W poprzednich latach mieliśmy pacjentów, którzy umierali mimo przeszczepu wątroby.

Co takiego ma w sobie muchomor sromotnikowy, że jest aż tak bardzo niebezpieczny?

Amanityna, falloidyna - to dwie śmiertelne substancje, które występują w muchomorach. Łączą się z z komórkami wątroby powodując często nieodwracalne uszkodzenia. Wątroba jest takim śmietnikiem organizmu. Oczyszcza z wszelkim toksycznych substancji. Co gorsza, muchomory nie dają objawów bezpośrednio po spożyciu. Toksyny krążą po całym organizmie. Atakują też m.in. nerki, powodują zaburzenia krzepnięcia krwi. Pierwsze objawy dają po kilkunastu godzinach, a często dopiero po dobie. Pojawia się złe samopoczucie w ogólnym rozumieniu, później biegunka. Chorzy zgłaszają się do lekarza dopiero po wielu godzinach od spożycia. Wtedy jest za późno na płukanie żołądka, bo to można skutecznie zrobić w ciągu godziny, zanim substancje wchłoną się do organizmu.

Jaka dawka jest śmiertelna?

Przyjmuje się, że już jeden kapelusz. Stężenie trucizny nigdy nie jest do końca przewidywalne, więc tym trudniejsze są rokowania. Często nie udaje się uratować pacjenta, choć oczywiście metody, które stosujemy teraz są bardziej skuteczne, niż to było dawniej. Nadal uważam, że jest to jedna z najpotężniejszych trucizn, jakie występują w przyrodzie.

Czyli cała zabójcza siła muchomora jest w tym, że po prostu łączy się z wątrobą?

Oczywiście w dużym uproszczeniu, ale tak. Wątroba odpowiada za odtruwanie organizmu ze wszystkich składników, które spożywamy i które organizm sam wytwarza. Nie ma sprawnej wątroby - nie ma życia. Dodatkowo zakłóca procesy krzepliwości. Często pacjenci giną z powodu krwawienia przewodu pokarmowego, którego nie jesteśmy w stanie zahamować. Do szpitali statystycznie trafia mniej osób, niż jeszcze 15-20 lat temu. Bywało i po 50 w sezonie. Teraz zazwyczaj jest to kilka do kilkunastu. Śmiertelność niestety nadal jest wysoka. Wynosi między 10 a 50 procent. W zależności od stopnia zatrucia i ogólnej kondycji organizmu.

Nie jedzmy grzybów?

Jeśli nie jesteśmy pewni, to na pewno nie. Przestrzegamy o zbieraniu grzybów, których nie znamy, o blaszkowatym kapeluszu. Jeśli mamy wątpliwości, czy to jest kania czy to jest pieczarka, gołąbek albo coś innego - nie bierzmy go. Jeśli już wzięliśmy idźmy do Sanepidu - tam są fachowcy, którzy zobaczą, co zebraliśmy.

Bo wystarczy jeden kapelusz? 

Tak wystarczy jeden kapelusz żeby zabić.