Przywódcy ponad 190 krajów przyjechali do Nowego Jorku na sesję Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, gdzie sprawa przyszłości Iraku zajmuje czołowe miejsce. Głównym rozgrywającym i rozdającym kawałki irackiego tortu są oczywiście Stany Zjednoczone.

Ameryka na początek chce przestać dopłacać do irackiego interesu. Oczywiście na razie stopniowo. I nie chodzi w tym przypadku tylko o pieniądze, ale również o niebezpieczną służbę amerykańskich żołnierzy.

Prezydent Bush zdaje sobie sprawę, że przed przyszłorocznymi wyborami musi choć część wojsk sprowadzić do kraju. Musi także pokazać, że dzięki jego polityce świat weźmie na siebie część kosztów doprowadzenia Iraku do porządku. Na wymierne korzyści przyjdzie czas później.

Na materialne korzyści – i to niekoniecznie w dalekiej perspektywie - liczą także państwa, które powiedziały „nie” wojnie z Irakiem.

Francuzom na razie iracki tort wymyka się z rąk. Dla Paryża najważniejsza była ropa naftowa, ale zdaje sobie sprawę, że dopóki Irakiem rządzą Amerykanie, jest to niemożliwe.

Prezydent Jacques Chirac naciska, by władzę w Iraku jak najszybciej oddać miejscowym oraz ONZ. Także dlatego, że jeszcze niedawno Francja była głównym partnerem w interesach z Irakiem. I znów chciałaby tam budować elektrownie, wodociągi czy mosty oraz sprzedawać broń, samochody, eksportować nowoczesną technologię.

Trzeźwo myślący Rosjanie ponoć nie marzą już o tłustym irackim torcie i nie liczą nawet na okruchy ze stołu zwycięzców. Putin już dawno zrozumiał, że Amerykanie nie zamierzają się dzielić i nie wierzy w dość mgliste obietnice udziału w odbudowie.

Rosjanie, podobnie jak Francja, mieli podpisane z Bagdadem kontrakty – głównie na wydobycie ropy naftowej, największy należał do Łukoila. Ale teraz o tym już nikt nie wspomina. Moskwa pożegnała się już nawet z 8 mld dolarów irackiego długu.

Jednak Putin popiera amerykański plan zwiększenia roli ONZ i nawet wspomniał o symbolicznym udziale rosyjskich żołnierzy w siłach stabilizacyjnych w Iraku.

Na inwestycje w Iraku od początku mieli chrapkę Niemcy; jeszcze w trakcie wojny można było usłyszeć głosy, że po obaleniu Husajna do Bagdadu mogłyby wyruszyć niemieckie firmy, które zajęłyby się odbudową kraju. Liczono na zamówienia m.in. maszyn, centrali telefonicznych, systemów komputerowych. Nadzieję miała i nadal ma branża budowlana.

Wysłanie własnych koncernów nad Zatokę Perską pomogłoby ożywić niemiecką gospodarkę. Już odbudowa Afganistanu przekonała Niemców, że jest to dobry interes.

Przy tym stole z irackim tortem miało być też krzesło dla Polski, mówiło się o uprzywilejowanej pozycji dla naszego kraju, który w najtrudniejszym dla Amerykanów momencie udzielił im poparcia politycznego i wojskowego. W Waszyngtonie powstała nawet specjalna misja gospodarcza, która ma ułatwiać kontakty pomiędzy firmami amerykańskimi i polskimi.

Na razie główne przesłanie polskich dyplomatów zajmujących się tą sprawą brzmi mniej więcej tak: polskie przedsiębiorstwa nie mogą liczyć na mannę z nieba, ich oferty muszą być dobrze przygotowane i atrakcyjne, a zaangażowanie finansowe znaczne. Wtedy dopiero można liczyć na zamówienia, bo dobry klimat wokół Polski, to jedno, a ostra konkurencja - to drugie.

12:40