Kilka instytucji państwowych utrzymuje własne przychodnie lekarskie. Tak jest między innymi w Najwyższej Izbie Kontroli, Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, Narodowym Banku Polskim i resorcie sprawiedliwości. Niestety, z placówek - jak ustalił reporter RMF FM Krzysztof Zasada - nie może korzystać każdy.

Do przychodni lekarskich przy ZUS-ie czy NIK-u nie można przyjść, ot tak z ulicy. Placówki te są tylko dla pracowników instytucji, która je utrzymuje, oraz tych, którzy odeszli na emerytury bądź renty. To nie jest przychodnia otwarta na miasto - usłyszał nasz dziennikarz, dzwoniąc do przychodni w centrali NIK:

Ta zamknięta NIK-owska przychodnia zatrudnia 22 osoby i kosztuje budżet państwa prawie 1,8 mln złotych rocznie.

Przychodnia "za żółtymi firankami"

Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma własną przychodnię, niedostępną dla osób spoza resortu. Urzędnicy mają darmowe wizyty u stomatologa, neurologa, internisty, kardiologa, okulisty, ginekologa, a nawet....psychiatry. Gabinety mieszczą się w pilnie strzeżonych murach MSZ-etu. czytaj więcej

Z informacji przekazanej przez dyrektora generalnego Izby posłom z komisji kontroli państwowej wynika, że uprawnionych do korzystania z niej jest ponad 2200 pacjentów - w tej liczbie są też pracownicy delegatur terenowych. Dyrektor uzasadnia, że kontrolerzy mają szczególną pracę - częste wyjazdy, stresujące obowiązki - dlatego przychodnia się im należy. Do tego - gdyby korzystali ze zwykłych przeciążonych przychodni, musieliby stać w kolejkach, co kolidowałoby z planami kontroli.

To ciekawy argument... tak jakby zwykli pacjenci nie mieli pracy.