Kilkudziesięciu ratowników górniczych bierze udział w akcji pożarowej w kopalni Bielszowice w Rudzie Śląskiej. Tysiąc metrów pod ziemią doszło tam do samozagrzania węgla. Nikt nie został poszkodowany.

Pożar ma charakter endogeniczny, czyli nie powstał z przyczyn zewnętrznych. Takie pożary przejawiają się najczęściej nie tyle ogniem, co wzrostem temperatury, wydzielaniem się gazów i możliwym zadymieniem wyrobiska. Są następstwem procesu samozagrzewania się węgla, wystawionego na działanie tlenu.

Według opinii zespołu ds. zagrożeń w Ruchu Bielszowice, doszło do samozagrzania się węgla w płocie węglowym, oddzielającym chodnik od zrobów (miejsc po eksploatacji - PAP) sąsiedniej ściany, oraz pożaru szczelinowego. Na przebieg zdarzenia i wzrost zagrożenia pożarowego mogły mieć wpływ występujące w ostatnim czasie gwałtowne skoki ciśnienia atmosferycznego - poinformował w poniedziałek PAP Tomasz Głogowski, rzecznik Polskiej Grupy Górniczej, do której należy rudzka kopalnia.

W skład zespołu ds. zagrożeń, który wspiera sztab akcji pożarowej, wchodzą m.in. naukowcy z Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach i Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Wzrost zagrożenia pożarowego zaobserwowano w kopalni w niedzielę, w rejonie jednego z chodników tysiąc metrów pod ziemią. Nikt nie ucierpiał, nie było też konieczności ewakuacji załogi. Rozpoczęto akcję pożarową, w której, oprócz ratowników z kopalni Ruda, uczestniczą też zastępy z Okręgowej i Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. Akcję nadzoruje Okręgowy Urząd Górniczy w Gliwicach.

Na każdej zmianie w akcji uczestniczy sześć pięcioosobowych zastępów ratowniczych. Zadaniem ratowników jest otamowanie objętego pożarem rejonu - z jednej strony ma to nastąpić poprzez zalanie fragmentu wyrobiska wodą, czyli stworzenie tzw. korka wodnego; z drugiej strony ratownicy tworzą tzw. korek przeciwwybuchowy. Odcięcie dopływu tlenu powinno spowodować stopniowe wygaszenie pożaru w otamowanym rejonie.


(mn)