Sąd Apelacyjny w Warszawie złagodził kary pięciu oskarżonym w głośnej sprawie próby oszustwa i wyłudzenia 341 mln zł w związku z "reaktywacją" przedwojennej spółki Giesche. Prawomocny wyrok SA to kary po 2 lata i 1,5 roku więzienia w zawieszeniu oraz wysokie grzywny.

Zdjęcie ilustracyjne /Kuba Kaługa /RMF FM

W 2016 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał podsądnych na kary od 5 do 3,5 lat więzienia bez zawieszenia i na grzywny od 540 tys. do 300 tys. zł. Uwzględniając częściowo apelacje obrony, SA obniżył kary trzem podsądnym - z 5 lat do 2, a dwóm - z 3,5 roku do 1,5 roku oraz zawiesił je na 5 lat próby. Oskarżeni chcieli osiągnąć skutek w sferze materialnej i w tym zakresie powinna ich dotknąć dolegliwość - tak SA uzasadniał złagodzenie i zawieszenie kar więzienia, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokich grzywien.

Prokuratura jest usatysfakcjonowana z faktu skazania. Co do wymiaru kary nie wyklucza wystąpienia o pisemne uzasadnienie wyroku, po czym mogłoby być badane ewentualne wystąpienie o kasację do Sądu Najwyższego.

"Wznowiony" zarząd Giesche domagał się gigantycznych odszkodowań

Posługując się kolekcjonerskimi akcjami, "wznowiony" zarząd Giesche domagał się gigantycznych odszkodowań za dawny majątek tej przedwojennej spółki, znacjonalizowany w PRL - choć Skarb Państwa jeszcze w latach 60. uregulował wszelkie roszczenia odszkodowawcze amerykańskich akcjonariuszy. Żądania oskarżonych obejmowały ok. 30 proc. powierzchni Katowic - gdzie znajdują się m.in. budynki mieszkalne, obiekty przemysłowe i drogi publiczne.

W 1926 r. kapitał akcyjny śląskiej spółki Giesche objęła Silesian American Corporation z większościowym akcjonariatem amerykańskim; akcje spółki zdeponowano w Nowym Jorku. W 1946 r. majątek spółki przejęło państwo polskie w ramach nacjonalizacji przemysłu. W 1960 r. rządy PRL i USA ustaliły w tzw. umowie indemnizacyjnej, że Polska wypłaci 40 mln dolarów na zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli USA w związku z nacjonalizacją - 75 proc. tej kwoty otrzymali posiadacze akcji Giesche. W zamian USA przekazały Polsce skrzynie z akcjami przedwojennych firm (w tym Giesche). Akcje miały być zniszczone, ale wywieziono je do składnicy makulatury; potem wykupili je kolekcjonerzy.

W 2005 r. oskarżeni kupili akcje Giesche od kolekcjonera, który nabył je na targu staroci. Krajowy Rejestr Sądowy wpisał spółkę Giesche. Oskarżeni wykorzystali fakt, że po 1946 r. spółki nie wykreślono z rejestru handlowego. Wprowadzając w błąd co do tego, że są legalnymi akcjonariuszami, oskarżeni wystąpili do Skarbu Państwa, miasta Katowice, Katowickiego Holdingu Węglowego i Hutniczo-Górniczej Spółdzielni Mieszkaniowej w Katowicach z żądaniem odszkodowań lub zwrotu dawnego majątku firmy, wartego ponad 341 mln zł.

Podejrzani nie przyznawali się do przestępstwa

Podejrzani zostali zatrzymani w lutym 2010 r. przez funkcjonariuszy ABW. Nie trafili wtedy do aresztu i odpowiadali z wolnej stopy. Nie przyznawali się do przestępstwa, wyrażając przekonanie, iż działali w pełni legalnie, w granicach przysługującego im prawa.

W czerwcu 2016 r. SO uznał winę oskarżonych, którym groziło do 10 lat więzienia. Marka N., Pawła R. i Leszka P. skazano na kary po 5 lat więzienia i po 540 tys. zł grzywny. Jacek S. i Marek K. dostali wyroki po trzy i pół roku więzienia i po 300 tys. zł grzywny. Prokuratur wnosił o kary w zawieszeniu, ale SO uznał, że takie wyroki kłóciłyby się "w oczywisty i rażący sposób z elementarną sprawiedliwością".

Obrona odwołała się do SA, który potwierdził ustalenia SO co do winy oskarżonych. Jak mówił sędzia SA Grzegorz Salamon w uzasadnieniu wyroku, nie byli oni rzeczywistymi akcjonariuszami spółki Giesche. Zdaniem SA nie można uznać, by działali oni "w dobrej wierze", bo - jako wykształceni ekonomiści plus prawnik - mieli świadomość, iż samo posiadanie akcji nie rodzi uprawnień, jakie mają rzeczywiści akcjonariusze. Czy utrata akcji wskutek kradzieży powoduje, że jej sprawca staje się akcjonariuszem - pytał retorycznie sędzia Salamon.

Dodał, że oszukali oni sąd rejestrowy, zatajając fakt nabycia przedwojennych akcji spółki od kolekcjonera - co według SA było elementem "wprowadzenia w błąd". Sędzia mówił, że to zatajenie jest dowodem, że wiedzieli, iż posiadanie akcji tak nabytych nie daje im uprawnień akcjonariusza. Dodał, że dwa fundusze inwestycyjne "nie weszły w ten interes", bo nie dostały od oskarżonych informacji, skąd mają akcje. Osoby mające czyste sumienie tak się nie zachowują - podkreślił sędzia Salamon.

Według niego, mieli oni świadomość ryzyka, "a nie można tu mówić o ryzyko ekonomicznym, bo wymieniali maile, co robić, jak o 6 rano przyjdzie do nich policja". Dlatego SA uznał, że nie było podstaw do uniewinnienia podsądnych - o co wnosiła w apelacji obrona.

"Kłamstwo musiało mieć krótkie nogi"

Zarazem ocenił, że "na sprawę należało spojrzeć chłodniejszym okiem niż SO" i "nadać jej właściwy wymiar", bo niższe kary więzienia oraz w zawieszeniu, przy utrzymaniu bardzo wysokich grzywien, będą sprawiedliwe. Jak mówił sędzia Salamon, ostatecznie nie doszło bowiem do wyrządzenia szkody, na co - według SA - "naiwne szanse oskarżonych były znikome", bo w tym przypadku "kłamstwo musiało mieć krótkie nogi".

Oskarżeni chcieli osiągnąć skutek w sferze materialnej i w tym zakresie powinna ich dotknąć dolegliwość - mówił sędzia. Powołał się też na odbiór społeczny wyroku - że "pazerność będzie ukarana właśnie w sferze majątkowej". Zwrócił także uwagę, że w SO prokuratora wnosiła o kary w zawieszeniu.

SA utrzymał decyzje SO, który wobec Leszka P. orzekł 5-letni zakaz wykonywania zawodu radcy prawnego, a wobec pozostałych - 5-letnie zakazy zajmowania funkcji w spółkach. Obrona P. podkreślała, że on tylko reprezentował pozostałą czwórkę, jako ich pełnomocnik procesowy. SA, tak jak SO, uznał, że cała piątka działała "wspólnie i w porozumieniu". Według sędziego Salamona, trudno uwierzyć, że Leszka P. pozostali nie wtajemniczyli w szczegóły całej sprawy.

SA nakazał też trzem oskarżonym zapłatę po 108 tysięcy złotych kosztów procesu, a dwóm pozostałym - po 60 tysięcy.

Prokuratura jest usatysfakcjonowana

Po wyroku prok. Jacek Węgrzynowicz mówił, że prokuratura jest usatysfakcjonowana, jeśli chodzi o fakt skazania. Kary grzywny są na pewno satysfakcjonujące - dodał. Co do wymiaru kary, nie wykluczył wystąpienia o pisemne uzasadnienie wyroku, po czym mogłoby być badane ewentualne wystąpienie o kasację do Sądu Najwyższego.

Węgrzynowicz potwierdził, że w SO wnosił o kary w zawieszeniu, "bo takie były wówczas uzgodnienia z przełożonymi".

Żaden z podsądnych nie stawił się w SA. Obrona nie chciała się wypowiadać co do ewentualnego wniosku o kasacje.

Kasację od wyroku w zawieszeniu mogą złożyć tylko uprawnione podmioty, czyli Prokurator Generalny lub RPO, a nie strony postępowania.


(ł)