Rany szarpane szyi i liczne urazy szyjnego odcinka kręgosłupa - to przyczyny śmierci pracownika wrocławskiego zoo, którego w ubiegłym tygodniu zaatakował tygrys. Mężczyzna zmarł na miejscu. Prokuratura wciąż wyjaśnia, dlaczego zwierzę było na wybiegu, a nie w zamkniętej klatce.

Policja na terenie wrocławskiego zoo tuż po ataku tygrysa na opiekuna /Maciej Kulczyński /PAP

58-latek pracował z drapieżnikami od kilkunastu lat. Tygrys zaatakował go, gdy ten sprzątał wybieg. Zwierzęta powinny być w tym czasie zamknięte, ale jedno z nich wydostało się z klatki.

Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że wszystkie zabezpieczenia były sprawne, a do tragicznego wypadku doprowadził błąd człowieka. Zawsze jest pewien czynnik błędu człowieka. To nie jest wina tygrysa - podkreślał po tragedii dyrektor ogrodu Radosław Ratajszczak.

Zwierzę nie zostanie uśpione.

Śledztwo ws. tragicznego wypadku prowadzi prokuratura we Wrocławiu. Śledczy przesłuchali już drugiego opiekuna zwierząt i dwie inne osoby, które były w tym czasie w okolicach wybiegu dla tygrysów. Wiadomo już, że wypadku nie zarejestrował monitoring ogrodu. Kamery nie obejmują tego miejsca.

Bartłomiej Paulus

(edbie)