Kolegium Elektorów Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy nie odwołało rektora prof. Antoniego Bukaluka. Wniosek - który pozytywnie zaopiniował wcześniej senat uczelni - związany był z tragedią na otrzęsinach zorganizowanych na terenie uniwersytetu w połowie października. Z kilkunastu rannych osób trzy zmarły: dwie studentki (24-letnia i 20-letnia) oraz 19-letni student.

Łącznik, gdzie doszło do tragedii /Tytus Żmijewski /PAP

Wniosek o odwołanie rektora nie uzyskał wymaganej większości. Zabrakło do tego 14 głosów. W imiennym głosowaniu wzięło udział 98 ze 100 elektorów. Za odwołaniem rektora głosowało 60 osób, a 38 było przeciwnych - poinformował rzecznik uczelni dr Mieczysław Karol Naparty. Kolegium elektorów UTP podejmuje decyzje większością 3/4 głosów, przy kworum wynoszącym 3/4 składu.

Z wnioskiem o odwołanie rektora wystąpiła poprzednia minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Lena Kolarska-Bobińska. Wniosek przed tygodniem pozytywnie zaopiniował senat uczelni.

Do tragedii na otrzęsinach doszło w nocy z 14 na 15 października. W łączniku pomiędzy dwoma budynkami uczelni, w których odbywała się impreza i na schodach prowadzących do łącznika zgromadziło się zbyt dużo ludzi. W pewnym momencie w tłumie doszło do paniki.

Z kilkunastu poszkodowanych osób, trzy zmarły: dwie studentki (24-letnia i 20-letnia) oraz 19-letni student. Jak wynika z przeprowadzonych sekcji zwłok przyczyną śmierci było niedotlenienie spowodowane uciskiem na klatkę piersiową.

Zarzuty dla... studentki

Pod koniec listopada zarzuty w tej sprawie usłyszała Ewa Ż., przewodnicząca samorządu studenckiego. Dotyczą one niedopełnienia obowiązków organizatora i narażania na niebezpieczeństwo zdrowia i życia wielu osób. Jak powiedzieli reporterowi RMF FM śledczy, przewodnicząca samorządu studenckiego nie zgłosiła otrzęsin policji i straży pożarnej, nie zadbała o właściwie sprawdzenie miejsca, w którym miała odbywać się impreza. Na miejscu, już podczas otrzęsin, nie było wystarczająco wielu ochroniarzy i sanitariuszy. Kobiecie grozi nawet 8 lat więzienia.