Takiego bałaganu, jak w sobotę na drodze w kierunku Morskiego Oka, najpopularniejszego szlaku w Tatrach, nie pamiętają najstarsi górale. Tatrzański Park Narodowy niespodziewanie rozwiązał umowę z dotychczasowym dzierżawcą parkingów na Łysej Polanie i Palenicy Białczańskiej. Nowy dzierżawca nie zdążył ich w sobotę przejąć. Efekt? Setki samochodów porzuconych na poboczach drogi, problemy z wjechaniem i wyjechaniem z parkingu i kilometrowe korki.

Chuligani zdewastowali drogę do Morskiego Oka

Czterech pseudokibiców jednego z krakowskich klubów piłkarskich zdewastowało drogę do Morskiego Oka i położone wzdłuż niej skały w Tatrach. Sprayem wymalowali na niej wulgarne napisy. Byli pijani. czytaj więcej

Już w sobotę rano o problemach na drodze dojazdowej do Morskiego Oka informowaliście nas na Gorącą Linię RMF FM. Parking jest zamknięty. Turyści muszą parkować na drodze, poboczach. Jest duży chaos, stłuczki, coraz więcej samochodów, kierowcy nie mogą stamtąd wyjechać - mówił nam pan Łukasz. Dodawaliście też, że przed wjazdem nie ma informacji o utrudnieniach, a na miejsce docierają kolejni turyści.

Jak sprawdził nasz reporter, nikt nie ustawiał samochodów na parkingach. Nikt nie regulował ruchem przy skręcie z Łysej Polany w stronę Morskiego Oka i wreszcie nikt nie pilnował, by turyści nie parkowali samochodów w niedozwolonych miejscach. W rezultacie już o godz. 8 rano wszystkie miejsca na parkingach były zajęte, a turyści porzucali samochody gdzie się da. Ustawiali je w rowach, na poboczach, a nawet na mostach i zwężeniach. Kolejni nadjeżdżający od strony Bukowiny Tatrzańskiej nie wiedzieli, że nie ma już wolnych miejsc i starali się przecisnąć jak najbliżej początku szlaku prowadzącego nad Morskie Oko i potem zawracali, wycofywali, blokując następne samochody.

Masakra! Nie ma jak przejechać, nie ma gdzie zaparkować, nawet fiakrzy nie mogą dojechać ze swoimi końmi - skarżyli się kierowcy busów, którzy próbowali dowieźć swoich klientów. Zdenerwowani i zdezorientowani byli także turyści, choć niektórzy cieszyli się z tego, że nikt nie pobierał opłaty za parkowanie. Ci, którzy przyjechali nieco później, musieli iść na piechotę dodatkowe kilka kilometrów, bo autobusy nie miały jak dojechać i ich kierowcy wysadzali pasażerów na Łysej Polanie.

Szymon Ziobrowski z Tatrzańskiego Parku Narodowego tłumaczy, że trzeba było rozwiązać umowę z dotychczasowym dzierżawcą parkingów, ponieważ złamał jej warunki. Podczas kontroli obsługa parkingu dwa razy nie wydała paragonu. Ustawiała też samochody w niewłaściwych miejscach. Dzierżawca zwlekał jednak z opuszczeniem parkingu i kolejny nie mógł go przejąć. Stąd w sobotę rano nie miał kto obsługiwać kierowców. W niedzielę już jednak wszystko powinno wrócić do normy - zapewnia Ziobrowski.