Sceny, jak z Dzikiego Zachodu rozegrały się w weekend w małopolskim Tymbarku. W role cowboy'ów w tym westernie wcielili się ochroniarze, a jako Indianie wystąpili ludzie wynajęci przez byłego właściciela zakładu produkującego blachodachówki.

Posłuchaj jak zajście w Tymbarku opisuje reporter RMF FM Maciej Pałahicki

Indianie najechali zakład w biały dzień. Zamiast rumaków mieli autobusy i ciężarówki. Przecięli siatkę ogrodzeniową i wtargnęli na teren rancza... znaczy zakładu. Cowboy'e (znaczy ochroniarze) niewiele mogli zrobić, bo Indian było zbyt wielu. Wezwali jednak na pomoc ludzi szeryfa (znaczy policjantów). Wezwali ich nawet sześć razy, ale to niewiele dało, bo ludzie szeryfa przyglądali się całemu zdarzeniu zza płotu. Okazało się bowiem, że obie strony konfliktu - czyli nowy i stary właściciel zakładu pokazali orzeczenia sądu, które właśnie im przyznawały rację.

Po kilku godzinach Indianie załadowali łupy na wozy i odjechali w nieznanym kierunku. Łupy były niemałe, bo zdemontowane maszyny do cięcia i gięcia blachy warte są ponoć sześć milionów złotych. No i teraz szukaj wiatru w polu, znaczy w prerii.