Ośrodek dla "bestii" w Gostyninie - 38 osób na dwóch oddziałach, w których pracują głównie kobiety. Jak mówią, są tu pacjenci, których da się lubić, ale zawsze w pracy towarzyszy im też obawa, że może wydarzyć się coś nieoczekiwanego. Dlatego pracują w obstawie ochrony.

Mariusz T., jedna z "bestii" przebywających w Gostyninie /Grzegorz Michałowski /PAP

Do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, potocznie zwanego ośrodkiem dla "bestii" od 2014 roku trafiają sprawcy najpoważniejszych przestępstw, którzy odsiedzieli już karę więzienia, ale zdaniem dyrektorów zakładów karnych powinni być izolowani od społeczeństwa, bo stanowią zbyt duże zagrożenie. Decyzję o umieszczeniu w placówce podejmuje sąd, na podstawie opinii biegłych. Przebywają tu osoby, które trafiły za kratki m.in. za zabójstwa dzieci. Pierwszym pacjentem - tak o przebywających tu osobach mówią pracownicy placówki - był Mariusz T., pedofil skazany w 1989 roku za zabójstwo czterech chłopców na karę śmierci, zamienioną potem na mocy amnestii na 25 lat więzienia.

Ośrodek początkowo miał być przeznaczony dla 10 osób, wyjątkowych przypadków. Obecnie przebywa ich tu 38, w tym jedna kobieta. Rozmieszczono ich na dwóch oddziałach zaadaptowanych po oddziałach psychiatrycznych.

Otwarte sale, pluszowe misie na łóżkach, prace plastyczne na ścianach, sale telewizyjna, terapeutyczne i niewielka stołówka - o tym, że weszło się na specjalny oddział świadczą jedynie wejściowe drzwi - zamknięte na klucz oraz kamery i ochroniarze. Pracuje ich tu w sumie, na obu oddziałach, ponad 50. Każde pomieszczenie, korytarz jest pod ich stałym monitoringiem.

"Obcy", czyli np. dziennikarz wzbudza ogromne zainteresowanie pacjentów. Większość wychodzi z sal, zagląda ciekawie do pomieszczeń, w których jest gość. Bardziej czujni stają się też ochroniarze. Najważniejsze jest bezpieczeństwo. Pacjenci mają świadomość, że każde ich agresywne zachowanie będzie odnotowane w dokumentacji medycznej. Ale tak naprawdę nigdy nie wiemy, co może się stać - mówi PAP jedna z pielęgniarek. Podobnie jak inni pracownicy nie chce ujawniać swoich danych, bo jak przyznaje to, że pracuje w ośrodku nie zawsze spotyka się z dobrą reakcją społeczeństwa.

Pokazuje też specjalny brelok, urządzenie, które ma przy sobie każda z pracujących tu osób. Naciśnięcie przycisku alarmowego informuje ochronę nie tylko o tym, że doszło do incydentu, ale też gdzie i kto znalazł się w niebezpieczeństwie.

Pracowałam wcześniej na oddziałach psychiatrycznych. Tego - naszej pracy tutaj - nie da się z nią porównać. Pacjenci nie mają chorób psychicznych, a zaburzenia osobowości. Mają też zupełnie inne podejście do nas i inaczej oceniają swoją sytuację. Gro z nich uważa, że zostali skrzywdzenie, bo najpierw przez sąd trafili do więzienia, a potem umieszczono ich tutaj - dodała.

Zarówno ona jak i inne pielęgniarki - na zmianie na każdym z oddziałów pracuje ich dwie, w nocy jedna - PAP - przyznają, że agresja słowna, wyzwiska nie są tu niczym szczególnym. Pacjenci przychodzą do nas z różnymi problemami - czasem jest to bolący ząb, czasem problemy ortopedyczne. Część z nich przyjmuje leki. Bywa jednak, że chcą się po prostu wyładować, wtedy próbują nas obrazić. Zdarza się też, że przychodzą, by porozmawiać - mówi.

O czym? Różnie to bywa. Czasem o pogodzie, czasem komentują wydarzenia medialne, bo oglądają telewizję. Chętnie też rozmawiają o polityce, bardzo ich to interesuje - opowiada.

Sale pacjentów początkowo miały być pojedyncze. Teraz mieszkają w nich po dwie, trzy, a nawet osiem osób. Jednoosobową salę ma jedyna w ośrodku kobieta. Kolorowe ściany są pozostałością po oddziale psychiatrycznym, podstawowe meble - łóżko, szafki ze względów na bezpieczeństwo przymocowano do podłogi. W każdej sali znajduje się też prysznic - co jak mówią pracownicy - jest także wymogiem bezpieczeństwa, i kamery.

To, że drzwi do sal są otwarte ma znaczenie terapeutyczne. Uczymy ich funkcjonowania wśród nas i panowania nad emocjami - mówi PAP jednak z psycholożek.

Osoby przebywające w ośrodku mogą być odwiedzane przez bliskich, i jak mówią pracownicy, do części z nich rodziny przyjeżdżają. Dwa razy w tygodniu robimy dla nich zakupy. Przygotowujemy listę rzeczy, które chcą kupić, a następnie je przywozimy. Najczęściej proszą o słodycze i owoce - mówi jedna z pielęgniarek.

Tylko część z pensjonariuszy chętnie uczestniczy w terapii. Większość - ok. 3/4 pacjentów - nie chce nad sobą pracować. Generalnie odczuwamy dość mocno ten podział "my i oni". Ci, którzy nie chcą pracować starają się też zniechęcać tych, którzy przychodzą na rozmowy z psychologami. Mówią im: no i po się im spowiadasz i tak nigdy stąd nie wyjdziesz - mówi PAP jedna z psycholożek.

Przyznaje, że jej pacjenci często przed wejściem na psychoterapię udają, "że robią to wbrew woli". Przyjmują taką maskę dla innych pacjentów. Mało tego, ukrywają zeszyty, których używamy podczas pracy. Wyciągają je zza paska, spod koszuli dopiero po wejściu na salę. Po zakończeniu zajęć chowają, np. pod materacami - wyjaśniła.

Na oddziałach, poza ochroniarzami pracują głównie kobiety. Są pielęgniarkami, psycholożkami, seksuolożkami, terapeutkami od uzależnień. Jak mówią, to gdzie i z kim pracują, wpływa na różne sfery ich życia. Choćby sam sposób ubierania się. Wybieramy takie rzeczy, żeby w żaden sposób nie prowokowały - mówi jedna z terapeutek.

Pytane dlaczego tu pracują, przyznają, że istotne jest m.in. doświadczenia, które w takim miejscu mogą zyskać. O samej psychoterapii, rozmowach z pacjentami nie chcą rozmawiać. Nie da się nie wiedzieć i nie rozmawiać z nimi o tym, dlaczego się tu znaleźli. Znamy ich historię, bo częścią terapii jest przerobienie z nimi zarówno tego, co zrobili jak i - co ważne - nauczenie ich panowania nad pewnymi zachowaniami - zaznacza jedna z psycholożek.

Jak przyznaje są tacy, którzy zdają sobie sprawę z tego co zrobili, żałują tego, starają się nad tym pracować. Wiemy o tym, bo po tylu latach pracy potrafimy odróżniać manipulację od rzeczywistych zachowań - mówi i dodaje, że wśród pacjentów, mimo ich przeszłość, są tacy, których da się lubić.

(az)