Głębokie na ponad dwadzieścia metrów i szerokie na kilka biedaszyby wciąż powstają pod Wałbrzychem. Ludzie narażają życie, by zarobić na codzienne potrzeby – przyznają w rozmowie z naszym reporterem byli kopacze. Urzędnicy o ogromnych i niebezpiecznych dziurach na obrzeżach miasta nie wiedzieli. Twierdzą, że biedaszyby to marginalny problem. Choć sami kopacze przyznają, że straż miejska i policja regularnie wystawia im mandaty. Straż miejska ma przygotować raport o tym, jak duża jest to skala. Kopacze twierdzą, że dziur jest znacznie mniej niż kilka lat temu. Są one jednak znacznie głębsze.

Jeden z biedaszybów koło Wałbrzycha /Bartek Paulus /RMF FM

Pieniądze decydują o tym, że się tu pracuje. Po co iść kraść, jak można tutaj zarobić. Za nockę czy dniówkę blisko sześćdziesiąt złotych. Tutaj ludzie zawsze będą kopać – przyznaje w rozmowie z naszym reporterem były kopacz.

Niektórym się udało. Przestali kopać i wyjechali za pracą za granicę. Ci, którzy wciąż kopią, przyznają, że w biedaszybach można zarobić więcej niż 1200 złotych w fabryce. Tłumaczą, że nie mają wyjścia. Nie boją się wchodzić na głębokie na kilkanaście metrów dziury, prowizorycznie zabezpieczone drewnem ze ściętych wokół dziur drzew.

Kopacze przyznają, że straż miejska i policja regularnie odwiedza takie miejsca. Wizyty kończą się mandatami i sprawami w sądzie. Każdy z nas dostał już grzywny. Płacimy i kopiemy dalej – mówi jeden z kopaczy.

Doły są coraz głębsze. Rzadziej można znaleźć coś na głębokości pół metra. Sam pracowałem w dołach, które sięgały do dwudziestu pięciu metrów – przyznaje inny mężczyzna.

Z naszych szacunków wynika, że w biedaszybach pracuje wciąż od kilkunastu do kilkudziesięciu osób – mówi Arkadiusz Grudzień, rzecznik urzędu miejskiego w Wałbrzychu. Miasto przekonuje, że to marginalny problem. Od kilku lat sprawą zajmuje się specjalny zespół. Każdy sygnał o nowych wykopach sprawdzamy i dziury zakopujemy – przekonuje rzecznik. Na pytanie, dlaczego w piątek od samego rana kopacze bez przeszkód wydobywali węgiel i pakowali go do transportowego busa, dlaczego w ciągu kilku godzin na miejscu nie pojawił się patrol straży miejskiej, rzecznik nie potrafił jednak odpowiedzieć.

(mpw)