Zwarcie instalacji elektrycznej było najpewniej przyczyną pożaru niewielkiego jachtu, który w nocy zatonął na Bałtyku. Kapitana polskiej jednostki Quick Livener uratowała Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa. Tylko on był na pokładzie.

Szybki kuter ratowniczy należący do Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. Zdj. ilustracyjne /Barbara Ostrowska /PAP

Była druga w nocy, gdy doszło do pożaru - jacht był na morzu, ponad 30 kilometrów na północ od Helu. Jego kapitan samodzielnie ewakuował się na tratwę ratunkową. Godzinę później jacht zatonął. Kapitan wezwał pomoc. Pierwszy sygnał odebrany został w Warszawie - ta szybko przekazała go do wspomnianej Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa. 

Kapitana z morza podjął statek "Sztorm", który po godzinie 9:00 dobijał już do portu w Helu. Jak podkreślają ratownicy, akcję mocno ułatwił fakt, że kapitan był wyposażony w tak zwany EPIRB. To nieobowiązkowa na takich jachtach, radiopława awaryjna, która w sytuacji zagrożenia wysyła sygnał z pozycją jednostki. 

(mal)