Lubelskie Bractwo Miłosierdzia imienia Brata Alberta uruchomiło w swojej siedzibie bar Mieszczański. Pracują w nim byli podopieczni bractwa. Zysk z funkcjonowania jadłodajni będzie przeznaczony na zakup składników darmowej zupy, którą codziennie dostaje ponad 300 potrzebujących.

Idea  jest prosta: ktoś kupuje w barze jedzenie, a jednocześnie spełnia dobry uczynek - mówi Wojciech Bylicki, szef bractwa. Ceny są bardzo konkurencyjne, wszystko jest świeżutkie, na bieżąco przygotowywane - zapewnia.

W centrum Lublina jest dużo lokali gastronomicznych, ale z dnia na dzień coraz więcej osób przychodzi właśnie do baru Mieszczańskiego. Większość wraca - to znaczy, że jest nieźle - komentuje szefowa kuchni pani Małgosia. Oferujemy pierogi, kluski, naleśniki, kotlety, ciasto, desery - wszystko - zachęca.

Ruch w lokalu jest spory, zwłaszcza w porze obiadowej. Dobrze tu karmią - mówi mężczyzna pracujący w centrum. Mam tu kilka kroków i wreszcie jest jedzenie domowe, a nie hamburgery, czy kebaby i drogie restauracje. Wpadam na porcję ruskich i jest fajnie. I cena - za 8 złotych najadam się do syta - podkreśla.

Jestem tu pierwszy raz - mówi naszemu reporterowi starsza kobieta, która przyszła do baru na pierogi z kaszą gryczaną. Od znajomej, która tu była słyszałam, że tu dobrze można zjeść - dodaje. Ja jestem studentem, odkryłem to miejsce kilka dni temu - mówi młody mężczyzna. Zachodzę to co drugi dzień. Dla studenta każdy grosz ważny, a tu super można zjeść i do tego niedrogo. Fajnie, że przy okazji coś dobrego można zrobić - zaznacza.

Wszystkie posiłki są przygotowywane na miejscu

Posiłki przygotowywane są w naszej kuchni - mówi prezes Bylicki. Nic gotowego nie sprowadzamy, wszystko robią nasi pracownicy. Zatrudniliśmy dodatkowe 3 osoby obsługujące bar - dodaje.

Nie miałem pracy, próbowałem sił za granicą, ale nie wychodziło. Tu wyciągnęli do mnie rękę i pracuję. Trochę w kuchni, trochę za ladą, trochę jako kelner- jest praca i jestem zadowolony, bo nie mogłem nic znaleźć - opowiada naszemu reporterowi pracujący w lokalu młody chłopak. W podobnej sytuacji była 50-letnia kobieta. Nikt mnie nie chciał zatrudnić. To trwało ponad 2 lata. Jestem na stażu, ale jak tu się będzie rozkręcać, a klientów coraz więcej i dobrze się sprawię to dostanę umowę na stałe. Fajnie jest znów pracować - dziękuję szefostwu bractwa.

Prezes bractwa przekonuje, że na początku najważniejsze jest to, żeby zwróciły się koszty prowadzenia baru. Im więcej sprzedamy, tym więcej pieniędzy dołożymy do zupy dla ubogich. Jesteśmy optymistami - mówi. Już po kilku dniach nie jest źle - zdradza.