Bez tłumacza, bez informacji o stanie zdrowia i o możliwości powrotu do kraju. Tak wygląda sytuacja czworga Polaków w szpitalu w boliwijskim Santa Cruz. Trafili tam po wypadku jeepa podczas wycieczki w górach. Z informacji polskiego MSZ-u wynika, że jeszcze dziś dwie osoby będą mogły opuścić szpital. Dwie ciężej ranne wyjdą z niego dopiero za trzy dni.

Najciężej ranna kobieta ma połamane żebra, podejrzenie przebicia płuca, a co najważniejsze - zmiażdżone dwa kręgi. Nie wiadomo, co planują boliwijscy lekarze, bo choć Polacy trafili do podobno najlepszej kliniki w Santa Cruz, to - jak powiedziała reporterowi RMF FM pani Joanna - nie mają dokładnej informacji, jaki jest ich stan. Lżej ranny mężczyzna z otwartym złamaniem obojczyka miał być operowany, ale operację ostatecznie odwołano. Lekarz był rano na pięć minut i po prostu nas zostawili. Dali nam leki przeciwbólowe i kazali leżeć - opowiada Polka.

Do Santa Cruz, do poszkodowanych, w końcu po ponad 20 godzinach dotarł polski konsul. Tyle nam pomógł, że przysłał lekarza, ale powiedział, że tłumacza to on nie jest w stanie nam załatwić. Naprawdę jest ciężko, bo my tu nie mamy żadnego tłumacza, nic - skarży się pani Joanna.

Polski konsul nie był w stanie udzielić rannym Polakom informacji, czy i kiedy zostaną przetransportowani do kraju. Najprawdopodobniej nie będą mogli wrócić do Polski razem z resztą wycieczki, która kończy się za sześć dni.