Alarmujące dane dotyczące wszawicy. Od września 2014 r. do września 2015 r. sprzedano ponad milion preparatów zwalczających pasożyty. To o 18 proc. więcej w stosunku do analogicznego okresu 2013–14 - czytamy w "Dzienniku Gazecie Prawnej".

Zdj. ilustracyjne /DPA/Franke, C. /PAP

Gazeta podkreśla, że od siedmiu lat w Polsce nie ma obowiązku monitorowania wszawicy, a w 2008 r. została ona wykreślona z rejestru chorób zakaźnych. Jeszcze w 2006 r. Sanepid odnotował 524 przypadki. Obecnie danych na ten temat dostarcza głównie rynek preparatów służących do walki z pasożytami. Producenci deklarują, że rozwija się on bardzo dynamicznie. W ostatniej dekadzie problem jest coraz wyraźniejszy - przyznaje w rozmowie z dziennikiem Marianna Tumasz, pediatra i lekarz rodzinny z Gdańska. 

Jak tłumaczy Ryszard Sebesta, biolog zajmujący się wszami, jeżeli nawet u jednego dziecka zostanie wykryty pasożyt, bardzo szybko rozprzestrzenia się na resztę uczniów w szkole czy przedszkolu. Kolejnym powodem powszechności wszawicy jest wstydliwość choroby. W efekcie w tych "lepszych" szkołach dyrekcja niechętnie mówi o problemie. 

Mitem jest to, że wszy lubią brud czy tłuste włosy. Z łatwością przenoszą się z głowy na głowę, wystarczy jeden zakażony - tłumaczy Sebesta. Liczy się przede wszystkim równoczesne i szybkie działanie. Cała rodzina musi przejść leczenie.

Dziennik zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię. Od 2004 roku szkolne pielęgniarki nie mają już prawa kontrolować czystości uczniów - paznokci, ubrań, a także głów. Od tego czasu potrzebna jest zgoda rodziców. A z tym jest spory kłopot. Bo nie wszyscy się zgadzają i nie zawsze jest odpowiednia opieka medyczna w szkole.

Cały artykuł przeczytacie w "Dzienniku Gazecie Prawnej". 

(mal)