Łodzianka chodziła w ciąży bliźniaczej z jednym, martwym dzieckiem. Teraz Prokuratura Regionalna w Łodzi sprawdza, czy w czasie ciąży nie doszło do narażenia bliźniąt na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. W tej sprawie przesłuchano już pierwszych świadków.

zdjęcie ilustracyjne /Christian Beutler/KEYSTONE /PAP

Przesłuchaliśmy pierwszych świadków w tej sprawie i są to osoby, które mają wiedzę na temat zdarzenia - mówi reporterce RMF FM rzecznik łódzkiej Prokuratury Regionalnej - Krzysztof Bukowiecki. Przesłuchaliśmy zarówno rodzinę, jak i personel medyczny. Mamy również dokumentację medyczną i czekamy na powołanie zespołu biegłych medyków, którzy sprawdzą, w jaki sposób ciąża była prowadzona i czy nie doszło do zaniedbań. Ci specjaliści otrzymają zabezpieczone przez nas dokumenty i będą musieli przeprowadzić analizę pod kątem medycznym. Od wyników ich pracy będzie zależało, czy w tej sprawie ktoś usłyszy ewentualne zarzuty - dodaje Bukowiecki.

Prokuratorskie śledztwo już nie zmieni faktu, że pani Aleksandra z Łodzi przez kilka tygodni chodziła w ciąży z martwym dzieckiem. Straciła jednego syna, a drugi - urodził się chory. Tę dramatyczną historię opisuje Dziennik Łódzki, który podaje, że przed porodem kobieta badała się regularnie i nie wykryto u niej żadnych nieprawidłowości.

W dniu, kiedy ciężarna poczuła się gorzej, skorzystała z prywatnej wizyty u lekarza. Wtedy okazało się, że jedno z jej dzieci nie żyło od dwóch do sześciu tygodni. Przyczyną mógł być tzw. zespół podkradania, czyli sytuacja, w której jedno z bliźniąt pobiera wszystkie substancje odżywcze, a drugie dziecko nie może normalnie rozwijać się. Na wcześniejszych badaniach lekarze nie wykryli tego problemu, choć pani Aleksandra była również na specjalistycznych kontrolach w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki.

Poród przez cesarskie cięcie odbył się w połowie września 2015 roku. Wówczas okazało się, że jedno dziecko nie żyje, a drugie jest chore. Jasio urodził się w stanie śmierci klinicznej - mówi gazecie pani Aleksandra. Dwie trzecie jego mózgu zostało uszkodzone. Późniejsze badania wykazały, że chłopiec ma mózgowe porażenie dziecięce, padaczkę, oczopląs i inne schorzenia.

Jaś nie potrafi sam wyciągnąć rączki po zabawkę, sam nie usiądzie, nie przewraca się, nie raczkuje - przyznaje pani Aleksandra.

Dziecko słabo widzi, ale zaczęło rozpoznawać rodziców. Obydwoje walczą o jego zdrowie i prowadzą rehabilitację, która przynosi efekty.

APA

RMF FM/Dziennik Łódzki