​To była najbardziej tragiczna katastrofa polskiego statku w historii. Dokładnie 25 lat temu na Bałtyku zatonął prom "Jan Heweliusz". Zginęło 55 osób. Rodziny ofiar i ci, którzy ocaleli z katastrofy, złożyli dziś kwiaty w Świnoujściu, skąd 14 stycznia 1993 roku prom wypłynął w podróż do szwedzkiego Ystad.

Prom "Jan Heweliusz" /Jerzy Undro/CAF /PAP

Przyczyn zatonięcia jednostki było kilka. Główna - fatalna pogoda. Na Bałtyku szalał wtedy potężny sztorm o sile 12 stopni w 12-stopniowej skali Beauforta. "Jan Heweliusz" mimo to wyszedł w morze. Załoga popełniła błąd, włączając system kompensacji przechyłu, który wyrównuje obciążenie statku ładunkiem, ale nie jest w stanie szybko reagować na przechyły.

Po 4:00 rano huraganowy wiatr i olbrzymie fale uderzyły w burtę. Mocowania przewożonych na pokładzie ciężarówek pozrywały się, ładunek przesunął się na jedną stronę i o godzinie 5:12 prom zatonął.

Większość pasażerów i członków załogi zdołała ewakuować się do szalup ratunkowych. Tam rozegrał się kolejny akt dramatu. Nieodpowiednio ubrani pasażerowie, z których część była w samych piżamach, umierali w wyniku wychłodzenia. Temperatura wody, którą zalewane były szalupy w czasie sztormu, wynosiła zaledwie 2 stopnie Celsjusza.

Na pomoc rozbitkom ruszyli Niemcy, "Jan Heweliusz" zatonął bowiem w pobliżu niemieckiej wyspy Rugia. Ekstremalnie trudne warunki pogodowe utrudniały akcję ratunkową.

Jedna z szalup została przewrócona przez zrzuconą ze śmigłowca linę. Jej pasażerowie, ubrani w uniemożliwiające zanurzenie się kombinezony, zginęli uwięzieni pod łodzią.

Katastrofę przeżyło 9 członków załogi, których przed zamarznięciem ochroniły specjalne kombinezony. Zginęło 55 osób. Ciał części ofiar nigdy nie odnaleziono.

Prowadzone po zatonięciu "Heweliusza" śledztwo wykazało, że do tragedii przyczynił się zły stan techniczny promu. 4 dni przed katastrofą popsuły się wrota wjazdowe na rufie statku. Nie zostały w pełni naprawione i nie były szczelne.

Przeprowadzony kilka lat wcześniej remont pokładu, na którym doszło do pożaru, zwiększył masę promu i pogorszył stateczność. Winą obarczony został też kapitan, który nie przeżył katastrofy.

Członkowie załogi, których udało się uratować, utrzymywali, że nie wiedzieli o huraganowym sztormie przed wyjściem w morze. Ostrzeżenie miało nadejść, gdy "Jan Heweliusz" był już na Bałtyku.