Lekarze z Trzebnicy zdradzili dziś szczegóły pionierskiej operacji przeprowadzonej kilkanaście dni temu. Byłemu żołnierzowi przeszczepiono obie ręce. Zabieg trwał 17 godzin. Pracowały przy nim bez przerwy dwa zespoły chirurgów. Dzisiaj pacjent czuje się dobrze i zaczyna ruszać palcami. Teraz czeka go kilkuletnia rehabilitacja.

Pacjent jest bardzo szczęśliwy - mówił dr Jabłecki

Jak tłumaczył na konferencji prasowej dr hab. Jerzy Jabłecki, operacja była nie tylko wielkim i bardzo skomplikowanym wydarzeniem medycznym, ale i logistycznie była trudna, bowiem trzeba była zaangażować równocześnie dwa zespoły lekarzy i pielęgniarek. Ale ten zabieg pokazuje, że jesteśmy już bardzo dobrym i zgranym zespołem, który potrafi przeprowadzać bardzo skomplikowane transplantacje - ocenił Jabłecki. Wyznał, że przeprowadzenie takiego zabiegu było jego medycznym marzeniem, ale ma już następne.

34-letni żołnierz stracił obie dłonie 3 lata temu, najprawdopodobniej w trakcie wybuchu. Obie dłonie pochodziły od dawcy martwego - kobiety w średnim wieku. Lekarze ze szpitala nie chcieli jednak ujawnić ani danych dawcy, ani nie potwierdzali, że biorcą był żołnierz jednostki GROM. O tym, że w Trzebnicy był operowany GROM-owiec, mówił jedynie w telewizji gen. Sławomir Petelicki.

Dla pacjenta, któremu proponujemy przeszczep, to nigdy nie ma znaczenia, czy dawcą jest kobieta czy mężczyzna. Liczy się dobór immunologiczny, czyli grupa krwi, i dobór anatomiczny, czyli ręce nie mogą być za duże ani za małe. Kolor skóry, kształt paznokci czy owłosienie nie ma znaczenia, bo podlega kontroli hormonalnej biorcy, czyli z czasem ręka upodabnia się do całej reszty ciała - opowiadał z kolei dr Adam Domanasiewicz.

Ujawnił, że tym razem gotowych do transplantacji rąk było trzech pacjentów, ale w ostatniej niemal chwili okazało się, że jeden pacjent nie wyraża zgody, a drugi jest chory. Jedynie trzeci pacjent - żołnierz, czekający na przeszczep od 3 lat, spełniał wszystkie warunki, był zdrowy i gotowy na transplantację - tłumaczył Domanasiewicz.

Dr Jabłecki mówił, że operacja, czyli zespolenie kości, mięśni, żył, stawów i nerwów trwała 17 godzin i była bardzo trudna. Przede wszystkim najpierw trzeba było pacjentowi amputować dwa palce, które pozostały w jednej z dłoni po wybuchu. Palce były zbyt zniekształcone i zanieczyszczone, aby je pozostawić - mówił. Tłumaczył, że lewa dłoń była do przyszycia w nadgarstku, a prawa w śródręczu, czyli jakieś 5 cm nad nadgarstkiem. W trakcie operacji pojawiły się nieprzewidziane komplikacje. Musieliśmy jedną z dłoni przyszywać ponownie - opowiadał Jabłecki.

Na filmie, który prezentowano dziennikarzom, widać pacjenta z rozłożonymi rękami i przy każdej z nich pracujące niezależne dwa zespoły lekarzy. Jabłecki wyjaśnił, że oba zespoły pracowały niezależnie, ale ich prace musiały być zsynchronizowane ze sobą. Później również na filmie - pacjent nie chciał spotkać się z dziennikarzami osobiście - uśmiechnięty mężczyzna nieznacznie porusza palcami i dziękuje rodzinie dawcy, kolegom z jednostki oraz wszystkim dawcom krwi, bowiem do operacji potrzebnych było prawie 30 litrów krwi. Krew oddało kilkadziesiąt osób: żołnierze, policjanci i wiele innych osób - opowiadał Domanasiewicz.

Do tej pory trzebniccy lekarze przeprowadzili cztery transplantacje rąk lub dłoni. Pierwszy tego typu zabieg został przeprowadzony w 2006 r. Pytany przez dziennikarzy Domanasiewicz, czy ręce żołnierza z czasem osiągną 100-procentową sprawność, powiedział, że skrzypkiem już nie zostanie, ale ręce powinny uzyskać sprawność w 90 procentach.

To jest bardzo dobry pacjent. Jest zdrowy, zdyscyplinowany, rozumie powagę sytuacji i nie ma wygórowanych oczekiwań. Taka postawa dobrze rokuje - mówił Jabłecki.

Koszt takiej operacji to ok. 150 tys. zł. Trzebnicki szpital ma podpisany kontrakt na przeprowadzenie w roku dwóch transplantacji. Jednoczesna transplantacja obu dłoni traktowana jest jako jeden zabieg. Trzebnicki szpital jest jednym z najlepszych tego typu ośrodków w Europie i jednym z pięciu na świecie.