"Jestem przekonana, że (medyczna marihuana – przyp. red.) to megaważny temat, ale jest mi przykro, że ten czas, którego było już tak mało i ta sprawa której on (Tomasz Kalita – przyp. red.) oddał tyle z siebie, nie zakończyła się tak, jak się miała zakończyć. Miało być tak wspaniale i co?" - mówi w Popołudniowej rozmowie w RMF FM Anna Kalita, wdowa po Tomaszu Kalicie, rzeczniku SLD, który walczył o legalizację medycznej marihuany. "Ta ustawa to kadłubek, nic tam nie zostało z tego, co miało być. Nie będzie upraw w Polsce, ma nie być refundacji. W czym to zwiększy dostępność?" - ostro ocenia kształt obecnego projektu ustawy o medycznej marihuanie. "Jeżeli jest choćby cień szansy, że wyciąg z marihuany może przedłużyć życie, to ten chory powinien go natychmiast dostać. To jest bezdyskusyjne" - uważa gość Marcina Zaborskiego. "Zamiast koncentrować się na leczeniu, mamy szukać dilerów?" - dodaje Anna Kalita. "Nie mam kontaktu z żadnymi politykami, oprócz Leszka Millera, ale to jest wspaniały człowiek, bardzo pomagał Tomkowi w chorobie" - mówi Kalita. Podkreśla, że jej mąż wierzył, iż politycy dotrzymają słowa ws. ustawy o medycznej marihuanie. "Tak się cieszył, mówił: Aniu, zobacz, nigdy nie byłem posłem, a będę miał swoją ustawę" - wspomina.

Marcin Zaborski, RMF FM: Jest pani dzisiaj w zupełnie innym miejscu niż 5 miesięcy temu, kiedy żegnała pani swojego męża, Tomasza Kalitę, po jego zmaganiach z nowotworem?

Anna Kalita: Trochę tak. Czas nie goi ran, ale jednak człowiek uczy się żyć na nowo po prostu.

Posłuchaj Popołudniowej rozmowy w RMF FM

Powiedziała pani całkiem niedawno: "Mam poczucie straconego czasu".

Chodziło mi o ten czas, który Tomek w swojej chorobie przeznaczył na walkę o legalizację medycznej marihuany. Żeby nie było żadnych wątpliwości: jestem przekonana, że to jest megaważny temat, to jest bardzo, bardzo ważna sprawa. Podziwiam wszystkich, którzy walczą o legalizację, natomiast jest mi przykro, że ten czas, którego już było tak mało, gdzie on tyle z siebie oddał tej sprawie, że to po prostu nie zakończyło się tak, jak się miało zakończyć. Po wakacjach była już mowa o tym, że są już miejsca wyznaczone, gdzie będziemy uprawiać konopie w Polsce. Miało być tak wspaniale. No i co?

Jeszcze w tym tygodniu posłowie zajmą się tym tematem. Komisja zdrowia ma przedstawić efekty swoich wielomiesięcznych, burzliwych prac. Posłowie mogą przegłosować przepisy o tzw. medycznej marihuanie.

Tylko, że ta ustawa to jest kadłubek - tam już prawie nic nie zostało z tego, co miało być. Upraw nie będzie w Polsce - chyba ktoś się boi tego, że jeżeli będziemy uprawiać w Polsce konopie, to nagle wszyscy będziemy narkomanami, więc mamy je sprowadzać z Danii albo z Holandii. Poseł Liroy zwrócił uwagę, że tamtejsi producenci już powiedzieli, że nam nie będą sprzedawać, bo oni sami tyle nie mają... Powiedzmy, że kupilibyśmy z zagranicy, refundacji ma nie być. W czym to zwiększy dostępność?

Minister Radziwiłł w tym studiu przekonywał, że uprawa w Polsce czy przygotowywanie tych preparatów po prostu się nie będzie opłacało, bo skala potrzeb jest taka, że lepiej zastosować import.

Jestem bardzo ciekawa, skąd pan minister bierze informacje o skali zapotrzebowania. W jednym z wywiadów pan minister mówił, że 30 osób w Polsce dzisiaj potrzebuje medycznej marihuany, więc ja uprzejmie informuję, że ponad 100 osób napisało do mnie tylko na portalu społecznościowym. To są żony, matki osób, które mają nowotwory. Wiadomo, Tomek miał raka... Ci ludzie kupują na czarnym rynku i pytają, czy mogą się przyznać lekarzowi, czy ten lekarz doniesie na policję. Dzieci z lekooporną padaczką jest w tym kraju ponad 150 tysięcy, więc naprawdę...

W tym studiu Konstanty Radziwiłł mówił tak: "Jako minister mówię: zapotrzebowanie na tego typu leki w Polsce jest bardzo niewielkie. Są stosowane i wszyscy pacjenci, co do których są wnioski od lekarzy, dostają te preparaty bez problemu i za darmo. To jest kilkadziesiąt osób".

To jest kilkadziesiąt osób, które chcą przechodzić tę drogę i walczyć o ten import docelowy. Ja nie wiem, czy - bo państwo sobie pewnie... To się tak wydaje, że kto chce to dostaje. To wygląda tak - rozmawiałam niedawno z Pauliną Janowicz - to jest jedna z liderek walki o legalizację medycznej marihuany. Córka Pauliny umarła rok temu. Pani Janowicz dostała zgodę na import docelowy leków z marihuany dla swojej córki. Trwało to 5 miesięcy. 5 miesięcy na lek, który miał uratować temu dziecku życie. Ola umarła, udusiła się, a leku w aptece ciągle nie było. Jeżeli ktoś mówi, że to jest humanitarne, to co się teraz dzieje to przepraszam bardzo, ale to jest jakieś kosmiczne nieporozumienie.

Trudno nie odnieść wrażenia, że w tej dyskusji dotyczącej tzw. medycznej marihuany jest sporo chaosu. Jedni mówią o tym, że chodzi o leczenie. Inni mówią o godnym umieraniu. W tle jeszcze pojawiają się narkotyki i hasło "nie chcemy być traktowani jak narkomani". Czego dotyczy ta walka?

Spektrum działania medycznej marihuany jest bardzo szerokie. Tak jak wspominałam o dzieciach z lekooporną padaczką. To jest niesamowity koszmar - to, co przeżywają ci rodzice. Ja poznałam dzieci, które miały dziennie nawet do 200 ataków padaczkowych. Każdy taki atak przybliża takie dziecko do śmierci. To jest po prostu koszmar. Takie dzieci potrafiły próbować nawet 20 leków i nic na nie nie działało. W tym momencie dostają oleje z marihuany i okazuje się, że zamiast 200 ataków dziennie jest kilka ataków w miesiącu. To przecież jest coś niewiarygodnego. Nowotwory to jest druga rzecz - już są badania laboratoryjne, badania na zwierzętach, że wyciąg z marihuany może nie tylko hamować, ale wręcz zabijać te komórki nowotworowe.

No tak, pani przekonuje w różnych rozmowach, że olej według badań pomaga leczyć raka. Z drugiej strony są lekarze, którzy mówią, że nie ma badań, które to potwierdzają. Onkologiczne Towarzystwo Naukowe, konsultanci krajowi w dziedzinie onkologii w swoim oświadczeniu piszą np., że "badania sugerujące przeciwnowotworowe działanie tych preparatów miały wyłącznie charakter eksperymentalny, a ich wyniki nie zostały potwierdzone w warunkach klinicznych". 

Ale jak my mamy potwierdzić je w warunkach klinicznych, jeżeli ten olej jest niedostępny? Jak mamy je potwierdzić? W jaki sposób mamy robić badania, jeżeli polscy chorzy nie mogą tego stosować legalnie.

Nie tylko polscy - preparaty nie są zarejestrowane w tym wskazaniu w jakimkolwiek kraju na świecie.

Oczywiście, nie są zarejestrowane, tak. Chorzy kupują je na czarnym rynku. Na to się skazuje chorych ludzi.

Jaki jest koszt takiej terapii, jeśli ktoś decyduje się na zakup tego poza legalnymi źródłami?

Z tego co ja słyszę, z tego, co piszą do mnie rodziny chorych, to jest minimum kilka tys. złotych miesięcznie. Proszę sobie wyobrazić, tak jak to było w naszym przypadku: wracamy sobie z pięknego weekendu, życie jest wspaniałe, wydaje się nam, że życie mamy jeszcze całe przed sobą, na wszystko mamy czas i nagle jest atak padaczkowy i człowiek słyszy diagnozę: glejak wielopostaciowy czwartego stopnia, co oznacza wyrok śmierci. W tym momencie zamiast koncentrować się na leczeniu mamy szukać dealerów po mieście, tak?

Pytanie tylko, czy można mówić w tym przypadku o leczeniu, jeśli lekarze mówią, że to nie o leczenie tutaj chodzi.

Sami mówią, że to nie są jeszcze potwierdzone hipotezy. Jeżeli jest chociażby taka hipoteza, to każdy pacjent chce dać sobie szansę. Każdy. Nie jestem w stanie nawet o tym mówić bez emocji... Proszę państwa - jeżeli ktoś z naszych najbliższych ma śmiertelną chorobę i on odchodzi, to naprawdę nie ma gorszego uczucia niż takie, że nie zrobiliśmy wszystkiego, żeby tego człowieka ratować. Jeśli jest choćby cień szansy, że wyciąg z marihuany może przedłużyć życie choremu, to ten chory powinien go dostać natychmiast. To jest w ogóle bezdyskusyjne. Tu każdy tydzień to jest mnóstwo.

Kilka miesięcy temu spotykali się państwo z politykami, żeby rozmawiać o tzw. medycznej marihuanie. A teraz? Politycy często do pani dzwonią?

Nie, ja nie mam kontaktu z żadnymi politykami oprócz Leszka Millera, ale to jest w ogóle inna historia. To jest wspaniały człowiek, bardzo Tomkowi pomagał w chorobie. Natomiast z politykami nie mam żadnego kontaktu.

Gdy pan Tomasz gasł, pisała pani z goryczą o politykach. Pisała pani tak: "Szanowni politycy mogą mieć nadzieję, że nieprędko im się trafi taki kolejny fighter".

Wojownik, no tak.

Na forach internetowych wtedy pojawiają się wpisy, że przecież Tomasz Kalita był politykiem. Dobrze wiedział, jaka jest polityka, znał ten świat i musiał zdawać sobie sprawę, że politycy bardzo często nie dotrzymują słowa.

Ale właśnie w to wierzył. Właśnie w to wierzył - bardzo. On się tak cieszył, jak się pojawiały kolejne zapowiedzi, a tu, że będzie hodowla w Polsce... Przyjeżdżali nawet do Centrum Onkologii do nas dziennikarze, bo ktoś tam znowu z ekipy rządzącej rzucił hasło, że będzie legalizacja. Tomek się tak cieszył i mówił wtedy: "Aniu, zobacz. Nigdy nie byłem posłem, a będę miał swoją ustawę".

Pani wierzy w to, że ta ustawa będzie? Jeśli nie teraz, w tym tygodniu, to za jakiś czas? W takiej formie, jakby pani tego oczekiwała?

Mam nadzieję, że kiedyś będzie. Niestety, ludzie będą chorować cały czas i taki dramat, jaki my przeżyliśmy, będą przeżywać też inni ludzie. Mam nadzieję, że kiedyś to będzie to tak cywilizowane, że po prostu chory natychmiast dostanie taki olej i nigdy już nikt nie będzie musiał się zastanawiać, czy ta osoba by jeszcze żyła, gdyby zrobić wszystko.

******
Anna Kalita: Gdy ktoś z rodziny choruje na raka, stajemy się częścią środowiska "przestępców"

Nie życzę nikomu choroby, ale w momencie, gdy ktoś z naszych najbliższych będzie miał raka albo okaże się, że w rodzinie jest dziecko z lekoodporną padaczką, to natychmiast stajemy się częścią tego środowiska – tzn. przestępcami de facto – mówiła w internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM Anna Kalita. Nie wykluczała zaangażowania się w przyszłości w politykę, jednak zwracała uwagę na to, że często w codziennym życiu tracimy czas, który moglibyśmy spędzić z najbliższymi. Jest takie powiedzenie: "Chcesz rozśmieszyć pana Boga - opowiedz mu o swoich planach. Ale na ile człowiek tak się zatrzyma? Na dzień, może na dwa. A później znowu mnóstwo rzeczy odkłada na później, pracuje całą dobę i myśli, że odpocznie za pięć lat (…) Życie jest najważniejsze. Po prostu - mówiła gość Marcina Zaborskiego.