​Spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe stanowczo odrzucają apele bankowców. Kasy nie chcą być wyłączone z systemu gwarantowania depozytów przez państwo. Twierdzą, że mają problemy z powodów politycznych.

Zdjęcie ilustracyjne /Monika Kamińska /RMF FM

Problemy SKOK-ów zaczęły się w chwili, gdy politycy objęli je nadzorem - twierdzi w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Krzysztofem Berendą prezes Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej Rafał Matusiak. Jak dodaje, na kasy zostały nałożone tak duże wymogi, że kolejne instytucje zaczęły padać.

Obecnie na rynku działa 36 kas. W pięciu z nich jest zarząd komisaryczny, do kolejnych ośmiu komisarz jest wprowadzany, jednak jak zapewnia prezes SKOK-ów, "oszczędzanie w kasach jest bezpieczne, m.in. dlatego że depozyty są objęte gwarancjami na takich samych zasadach, na jakich są objęte w bankach komercyjnych czy spółdzielczych".

Prezes Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej apeluje o złagodzenie wymogów dla kas i o pozostawienie państwowych gwarancji.

Związek Banków Polskich nie chce ratować klientów bankrutujących SKOK-ów

We wtorek Związek Banków Polskich - zrzeszający największe banki działające w naszym kraju - ogłosił, że nie chce więcej ratować klientów bankrutujących SKOK-ów. Ten apel wczoraj zdecydowanie odrzucił wicepremier, minister finansów Mateusz Morawiecki.

Banki zaczęły się buntować, bo jak twierdzą obecne rozwiązanie jest bardzo niesprawiedliwe wobec ich klientów. 

Przypomnijmy, że w Polsce oszczędności trzymane przez nas zarówno w bankach, jak i w SKOK-ach są chronione przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. W razie upadłości SKOK-u lub banku fundusz zwróci nam do 100 tysięcy euro na osobę.

Do tej pory fundusz musiał wypłacić klientom padających SKOK-ów ponad 4 miliardy złotych. Na to składają się banki z naszych opłat.

Związek Banków Polskich twierdzi, że nie może być tak, że za grzechy SKOK-ów płacą inni i apeluje do rządu o znalezienie innego sposoby chronienia klientów kas.


(ł)