Katarskich pieniędzy za majątek polskich stoczni nie ma, ale jest wielomiliardowy kontrakt na dostawę skroplonego gazu, właśnie z Kataru. Oficjalnie polski rząd nie łączył kontraktu gazowego z kupnem stoczni, ale nieoficjalnie wiadomo było, że obie transakcje są od siebie ściśle zależne.

Minister skarbu Aleksander Grad twierdzi, że ciągle jest szansa, aby sprzedać stocznie w Szczecinie i Gdyni do końca sierpnia. Oba zakłady mają pójść w katarskie ręce, ale nie do tajemniczego inwestora, a do rządowej agencji. Minister walczy jednak nie tylko o stocznie, ale i o siebie. czytaj więcej

Wszystko wskazuje na to, że polski rząd dał się Katarczykom wywieźć w pole. Rząd oczywiście broni się mówiąc, że podpisany w czerwcu kontrakt gazowy pozwoli na zróżnicowanie dostaw surowca i uniezależnienie nas od Rosji, ale zapomina przy tym o kilku kwestiach. Sprawa miała wyglądać następująco: Polacy kupują gaz od Katarczyków, ci kupują od nas stocznie. W nich miały być produkowane statki, które będę przewozić skroplony gaz do nieistniejącego jeszcze gazoportu w Świnoujściu.

Scenariusz okazał się jednak inny. Wartość kontraktu gazowego opiewa na kilkanaście miliardów dolarów. Tyle zarobią Katarczycy. My zarobimy 8 milionów euro wadium, które Katarczykom przepadło, ale będziemy musieli zapłacić około 11 miliardów dolarów za gaz. Będzie on nas kosztował więcej niż gaz rosyjski, zapłacimy też więcej niż inni partnerzy Katarczyków.